Archiwum miesięczne: Styczeń 2011

Kanałowy tydzień

Jak jeszcze niedawno endodoncja wydawała mi się nawet fajna, tak w tym tygodniu będę jej miała zapewne serdecznie dość. Dobrym przykładem jest dzisiejszy grafik: na 10 zapisanych osób chyba 7 ma leczenie kanałowe na jakimś etapie rozwoju. Najsmutniejsze jest to, że nam program do dokumentacji szwankuje i rozpoznawanie etapu leczenia będzie się wiązało z przypomnieniem sobie pacjenta, kiedy był tu ostatnio, po czym poszukiwania odpowiedniego kuponu/karteczki na stosiku makulatury na biurku koło mojego unitu.

„Starczy nam pilników?” – spytałam ostatnio.

Ale za to szef się ucieszy, bo przynajmniej część z tych wizyt to planowane wypełnienia kanałów, którego w zębach bocznych u dorosłych NFZ nie refunduje. Z drugiej strony ciekawe, ilu pacjentów z tego powodu nie przyjdzie…

Co do LDEPu, wczoraj przeczytałam bagatela 5 stron podręcznika z chorób błony śluzowej. A ponieważ w sobotę młóciłam zespoły genetyczne, powodujące wady zgryzu, to mi się teraz te wszystkie zespoły zaczną pitolić. Ogólnie fajnie. Taki plus, że czytam do po raz n-ty. Minus, że egzam z błon miałam niecały rok temu, więc sporo zdążyło mi już wylecieć. Trzeci LDEP nierozwiązany. Dzisiaj popołudniówka, więc sytuacja raczej się nie zmieni do jutra…

Periodontologicznie

Miałam ostatnio na fotelu modelowy przypadek przerostu wędzidełka wargi dolnej. Wyglądało to mniej-więcej tak (ząb z gwiazdką). Pacjent był bardzo świadomy wagi uzębienia w życiu, posiadał niemal dentystyczny odchył w postaci zwracania uwagi na zęby w drugiej kolejności (po oczach). Też tak mam. Jak mi się do tego przyznał, pierwsza myśl, która mi zakiełkowała w głowie, to „Mam nadzieję, że nie mam na zębach resztek tego ciastka z przerwy” ;). Trochę strach z takimi pracować (a nuż wyjdziesz na idiotę), z drugiej strony ryzyko opadnięcia macek jest znacząco zredukowane. Pacjent został poinstruowany o prawidłowej higienie jamy ustnej (miał inne oznaki wcześniejszego stosowania „kółeczek”) i dostał listę kontaktów do okolicznych chirurgów stomatologicznych, coby mu wycięli rzeczone wędzidełko.

Język geograficzny też mi się już raz trafił. Razem z zauważoną nadwrażliwością na pomidory. Pacjent poinformowany o możliwości posiadania takowej, niegroźnej przypadłości, był nieco spłoszony. Kolejny raz stwierdziłam, że mówię za dużo ;).

Dzisiaj zrobiłam poważniejsze podchody do podręczników. Przeczytałam o zespołach genetycznych w ortodoncji, teraz jestem w trakcie migania się od czytania o chorobach błony śluzowej jamy ustnej ;). Mam nadzieję, że dzięki nawet krótkiej powtórce, wyniki kolejnych próbnych LDEPów będą znowu nieco wyższe. Może jutro zrobię podejście do testu nr 3. Pewnie się pochwalę.

Do osób, które nie śledzą profilu bloga na FB, a rozwiązywały ankietę: w zakładkach są udostępnione wyniki. Jak się zbiorę, to zrobię własny komentarz do całości i każdego z pytań osobno. Na razie dziękuję bardzo wszystkim za udział i mam nadzieję, że ubywanie facebookowych fanów nie jest dla mnie jakąś bardzo znaczącą oznaką. Postaram się nie zepsuć. ;)

PS.: Zdjęcia pod linkami oczywiście nie przedstawiają moich pacjentów. Jak zwykle je ukradłam.

Dylematy

Przypadek 1: jedynka górna. Na zdjęciu RTG wszystko OK, pozornie klasyczne endo, czyszczona dwa razy, wacik po dwóch tygodniach ciągle wychodzi zabarwiony na ciemno, ciągle boli przy próbie dalszego opracowania. Na sączku papierowym oprócz krwi przy wierzchołku dochodzi wyraźniejsza, czerwona kropeczka jakieś 7 mm od końca. Prawdopodobnie kanał boczny, odchodzący od głównego. Zna ktoś jakiegoś endodontę w moich okolicach, który by się pacjentem odpowiednio zaopiekował, nie zdzierając przy tym kasy z niego?

A miało być zwykłe endo na jedną-dwie wizyty. Pacjent przyszedł, bo mu się stare wypełnienie nie podobało.

Przypadek 2: górna czwórka. Boli z krótkimi przerwami od wczoraj, wcześniej się też nieśmiało odzywała, w nocy nie dawała w kość, na opuk nie reaguje. Ubytek potencjalne MOD (mezjalna-żująca [„okludalna”]-dystalna), w miejscu „O” stary amalgamat. Znieczulenie, wiercimy. „Da się uratować?”, zadaję sobie pytanie, wiedząc, że do komory jeden krok. Nagle widzę wielce pasjonujący obrazek w postaci kropelki ropy na środku ubytku. Już nawet nie krew z typowego obnażenia, tylko ropsko. Tym samym dylemat wyparował, bo miazgi – do której już się dowierciłam – z ogniskami ropnymi uratować się raczej nie da.

Gdyby nie to, że endodoncja jest dziedziną trudną (czego dowodzi opisany pierwszy przypadek), wymagającą cierpliwości i doświadczenia (które, fakt, przychodzi z czasem), może bym się w niej odnalazła i poszła w jej stronę. To, z czym mam do czynienia teraz, to typowe, „wioskowe” przypadki, od których się nie ucieknie. Ale nawet one dodają trochę emocji do życia – znajdę ten kanał, czy nie? Złamię narzędzie? Uda się wypełnić na następnej wizycie?

Chyba nadaję się do tej roboty ;)

Niech mi ktoś mądrzejszy przypomni

Czy niedoczynność przytarczyc może mieć jakiś wpływ na stan zębów? Coś tam było z gospodarką wapniową, ale przyznam się szczerze, że niedokładnie pamiętam.

Pytam, bo dziś zdecydowanie i bez ogródek powiedziałam pacjentce, że zęby ma w stanie strasznym. Górne jeszcze w miarę (typowe, zazwyczaj górne zęby są w znacznie lepszym stanie od dolnych), na dole większość do usunięcia. Plus ropień podśluzówkowy. Kolejny z nielicznych przypadków, po przyjęciu których padam na krzesło i macki ((c) kolega Cucu) mi opadają. Jak już dojdę do siebie, to idę do socjalnego łyknąć herbatki i jeśli jestem tam sama, to se szepnę do siebie „Ja pie***lę”.

Poważnie.

Pacjentka wyszła z gabinetu z przedziurawionymi przeze mnie wierzchołkami dwóch możliwych zębów przyczynowych, receptą na antybiotyk, listą kontaktów do chirurgów stomatologicznych i lekko obrażoną miną. Może powinnam powiedzieć to inaczej, albo wcale nie mówić, ale sorry, jestem nieprzystosowana społecznie i kitu wciskać nie umiem.

Z tą niedoczynnością przytarczyc, jakikolwiek miałaby ona wpływ na zęby, też nie jest tak, że wszystko wyjaśnia. Są tłumy całe pacjentek w ciąży albo po. Wymagają one pilniejszej opieki stomatologicznej, ale rodzenie dzieci moim zdaniem nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla przechodzenia na bezzębie w wieku dwudziestu-kilku lat.

Chyba naprawdę muszę się zaczepić w jakiejś prywatnej przychodni bez kontraktu w NFZ. Macki może będą mi rzadziej opadać…

PS.: Miałam nie pisać o konkretnych pacjentach (taaaak, czytam wyniki ankiet, czytam!). Morfeusz pisze cały czas. Ja czasami też muszę.

LDEP, próba nr 2

Po przeczytaniu Kodeksu Etyki Lekarskiej i stwierdzeniu, że powtórzyło się kilka pytań z pierwszego podejścia, drugi test rozwiązałam na 77% (poprzednio było 70). Potwierdziła się pierwszorzędowa potrzeba powtórzenia chorób przyzębia i jamy ustnej, i ortodoncji. Zostały jeszcze 3 testy do przerobienia. Szkoda, że za każdym razem siły witalne opuszczają mnie mniej-więcej w połowie, by wieczorem wrócić i pozwolić na dokończenie rozwiązywania. Mam nadzieję, że mózg mi nie wyparuje w trakcie pisania egzaminu właściwego.

EDIT: Przy okazji, wypisałam sobie dwa rodzynki z rozwiązywanego testu.

„Pyt. 80:

Uszczelnianie bruzd zębowych jest metodą profesjonalnego zapobiegania próchnicy zębów w następujących przypadkach, z wyjątkiem:
A. profilaktyki bruzd i szczelin (moja uwaga: taaaak! To zdecydowanie ta odpowiedź!)
B. profilaktyki próchnicy w zębach mlecznych
C. profilaktyki próchnicy w zębach stałych
D. profilaktyki próchnicy u osób dorosłych
E. profilaktyki próchnicy pow. gładkich.”

„Pyt. 95: Do guzów zębopochodnych zalicza się (wskaż zdanie fałszywe):”
Nie prościej było napisać „Do guzów zębopochodnych NIE ZALICZA SIĘ:”? To ma być test sprawdzający wiedzę ze stażu czy czytanie ze zrozumieniem?

Dżizz, nie jestem w stanie konstruktywnie sięgnąć do książek. Wesoło załatwiłam sobie gierkę, RollerCoaster Tycoon 3 Platinum i buduję park rozrywki w trybie Plaża, czyli bez zadań do wypełnienia i ograniczeń pieniężnych. Nie ma to, jak wręcz chamskie marnowanie czasu.

Osoby, które w ankiecie zaznaczyły, że notki ukazują się za rzadko, pewnie pierwszy wpis od środy nie przekonał do ewentualnej zmiany zdania ;). Za jakiś czas pewnie zrobię podsumowanie wyników. Na razie wypełniło ją 29 osób i wychodzi na to, że wszystko jest fajnie pięknie, tylko mogłabym pisać częściej i jestem średnio zrównoważona psychicznie, czego nie poczytuję za obrazę, broń mnie Panie Boże. Ludzie nadmiernie normalni są nudni.

Istnieją ludzie nadmiernie normalni?

Chętka na własne mieszkanie…

… wzmaga się u mnie wprost proporcjonalnie do częstości wyganiania mnie z łazienki przez rodziców. W rezultacie mogę w niej spokojnie przesiadywać (a potrafię godzinaaaami) tylko w dwóch sytuacjach: kiedy rodzice a) są poza domem i wracają dopiero następnego dnia, b) poszli już spać, czyli po 22. Przy czym ten drugi przypadek jest ograniczony moją własną sennością.

A łazienkę chcę mieć jasną, kiczowatą, w błękitach, o. I porządną lampą nad dużym lustrem!

PS.: Jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił, niech wypełni ankietę.

Jak wyzwanie

„Nie mam o czym pisać” – bang, pół godziny i jest notka.

„Przymierzam się” – godzinka i jest ankieta.

Tutaj, o.

Żeby to tak działało na moje przymiarki do dyplomu dla poziomki <rumieniec>…

Miszczu

Na trzy ostatnie rwanka ząbków wynik był się ustalił na 2:1 dla mnie. Do jednego, który zaczął mi się składać na pół przy pierwszym ściśnięciu kleszczami, zawołałam szefa. Ten złapał dźwignię Wintera i po trzech minutach zęba nie było. Dzisiaj samodzielnie wykonałam kombinację dźwigniowo-kleszczową i uwolniłam pacjenta od bolącego dziada. Trzeci przypadek to zakazane dłutowanie za pomocą kleszczy ;).

Poza tym przymierzam się do zrobienia Wam ankiety na temat tego bloga. Nie sprawdzanie wiedzy, tylko ankieta opiniodawcza.

A w sobotę jadę do kina na „Black Swan”. Skoro stawiają bilet… ;)

Wypadliśmy z rankingu na dziób ;).

I ja takoż na dziób padam, ponieważ nie chlapnęłam sobie popołudniowej herbatki. Będzie mi się dobrze spało. ;)

Dobranoc.

Wyjaśnijmy sobie coś

Mianowicie przyczynę, dla której dentysta zakłada wypełnienie.

Kto czytał tego bloga na początku, może pamięta zamieszczony tu schemat zęba. Pamięta, że pod szkliwem jest zębina, a w zębinie żywa miazga.

Kiedy bakterie próchnicotwórcze niszczą szkliwo, od pewnego momentu ów proces jest nieodwracalny. W tej sytuacji dentysta musi chwycić za wiertarkę i usunąć zniszczone tkanki.

Wypełnienie, potocznie plomba (na użytek dzieci „plastelina”), jest środkiem zastępującym zniszczone szkliwo i zębinę. Nigdy nie jest to środek doskonały. Metalowe wypełnienia – amalgamat – chociaż trwałe (prawidłowo założone mogą służyć i kilkadziesiąt lat), są nieestetyczne. Wypełnienia jasne (tu mamy większą gamę materiałów do wyboru, w zależności od wskazań: kompozyty, glass-jonomery, kompomery…) zwykle po kilku latach wymagają wymiany. Wszystkie jednak mają na celu zabezpieczenie ubytku i zęba przed dalszym niszczeniem przez bakterie, jak również osłonę miazgi przed czynnikami zewnętrznymi.

Prawidłowym działaniem zatem jest wybranie się do dentysty możliwie szybko po utracie wypełnienia lub złamaniu się przylegającego fragmentu zęba. Zachowaniem nieodpowiednim jest czynienie tego pół roku po zdarzeniu, kiedy to osłabiony i odsłonięty ząb zaczyna się najzwyczajniej w świecie odzywać. Wtedy odświeżanie powierzchni ubytku i usuwanie próchnicy, która zdążyła się tam już radośnie rozbuchać, często kończy się obnażeniem miazgi i leczeniem kanałowym.

No. Rzekłam.

Paradoksalnie

dłutowanie, którego jeszcze nie tak dawno nie znosiłam, dziś daje mi największą satysfakcję przy kanałach i łataniu dziur tanimi materiałami. Wiem, że wydłutowanie dolnej dwójki (czyli usunięcie jej za pomocą dźwigni prostej) to pewnie żadna filozofia, ale fakt, że nie muszę do takiego zabiegu wołać szefa, sprawia mi radość. Może z większym zapałem będę podchodzić do poważniejszych zabiegów (jak wydłutowanie trzonowca), których ostatnio jest jakby trochę mniej.

Może ten brak satysfakcji to skutek niewiedzy, na którą wiem, że cierpię? Nie mam czasu czytać podręczników z powodu pracy dorywczej, od której zresztą powoli zacznę się wymigiwać. Krzyczy na mnie chirurgia, perio i ortodoncja. I dziecięca. Po drugiej stronie barykady stoją leczenia endo, których ilość rośnie w tempie zastraszającym. Z żalu za tymi zniszczonymi zębami (sama miałam przeleczony kanałowo tylko jeden ząb, 45, w podstawówce) jeszcze się nie wyleczyłam. Chyba muszę wylądować gdzieś, gdzie nie ma umowy z NFZ. Może porządniejsze „zęby” – czy też pacjenci z uzębieniem w lepszym stanie – będą się zgłaszać. W tej pracy, mimo oczekiwań szefa, pacjentów „prywatnych” praktycznie nie mam. A mi terminów zaczyna brakować. „Najwcześniej za trzy tygodnie”.

Albo to perspektywa weekendowego siedzenia nad robotą, o której jeszcze wczoraj mówiłam, że nie mam jej dość. Albo spadek ciśnienia i niewyspanie. Albo to, że moi rodzice znowu wyjeżdżają na weekend, a ja w te wakacje pewnie nawet w Krakowie na 4 dni nie wyląduję z powodu rat za kompa i samochód, które do końca stażu chcę spłacić.

Ogólnie frustracja i zgrzytanie zębów.