Archiwum miesięczne: Grudzień 2010

Fascynujące

… jak bardzo… fascynujący wydaje się być mój zawód dla sporej rzeszy internetowych znajomych. Czasem dopadną mnie w swoje łapska w „realu” bądź na czacie i sypią się pytania.

Nie mam nic przeciwko i cierpliwie odpowiadam, przy okazji prostując kilka mitów, ale wszystko sprowadza się do wniosku, że dentysta to po prostu zawód. Że można polubić tę pracę, nawet, jeśli nie czuło się powołania od dzieciństwa i nie szło się na wizytę z dreszczami ekscytacji. Na forach związanych z serialami medycznymi (przynajmniej na tym, na którym jestem) zawsze znajdzie się ktoś, kto po obejrzeniu kilku odcinków zaczyna z wypiekami na twarzy śledzić w tv wszystko, co jest w najmniejszym stopniu związane z medycyną, wypytywać, który stetoskop jest najlepszy (a co mnie to obchodzi?!) i zapewniać, że chce być jak doktor House czy doktor Greene, czy ktokolwiek ich pokroju. To wszystko jest fałszywe i do niczego nie prowadzi. Pasja się wypali i już.

Co innego osoby, które są związane z medycyną, bo tego od dawna chciały i o to walczyły. Zazwyczaj jednak mają one bardziej „normalne” podejście do interesującej ich dziedziny, więc nie zadają głupich pytań i nie wywołują przewrotu oczu. Takie osoby podziwiam i trzymam za nie kciuki.

A ja? Znieczulam, wiercę w ząbkach, usuwam je, leczę kanałowo i tak sobie sunę przez zawodowe życie z utworzonym na studiach przeświadczeniem, że mogę to robić do emerytury, bo czemu nie, skoro jest fajnie. Jestem mutantem? Nieee. Jestem średniej urody, średniego wzrostu i średniej figury dwudziestoczterolatką z praktycznym podejściem do życia, które mówi, że po co marnować kilka lat na studiach, jeśli potem nie znajdzie się porządnej pracy w zawodzie wyuczonym. Szkoda na to czasu…

Rozwijamy kicz, czyli święta za tydzień

Czyli z okazji Świąt za tydzień, do akcji oddzielania notek wkracza nowy pilniczek baj kolega Robson. Podejrzewam, że na tym się zatrzymam, jeśli chodzi o świąteczny wystrój bloga ;).

Pilniczek uroczy, nieprawdaż? ;)

W poniedziałek firmowa wigilia (ciekawe, kto będzie przyjmował moich pacjentów, zapisanych już na cały dzień? A poza tym, mamy sobie składać życzenia? Czego mam życzyć ludziom, z którymi pracuję ledwo 2,5 miesiąca?), we wtorek śmigam do fryzjera (czasem nadchodzi taki dzień, kiedy stwierdzam, że nie mogę na siebie patrzeć i trzeba coś zrobić z kudłami) i dokupić ostatnie drobiazgi, we środę myślenie (normalny dzień pracy), w czwartek krótki dyżur dla pacjentów z bólem, w piątek wolne, za to zaliczę pierwszy w życiu samodzielny kurs samochodem do Gdyni (wcześniej jeździłam tam albo jako pasażer, albo pod opieką pana z kursu na prawo jazdy).

Zaczynam to czuć :). Że to już tak blisko :).

PS.: W RTV Euro AGD taaaakie fajne laptopki mają na taaakie fajne raty… ;)

O wszystkim po trochu

Taki znak życia.

1. W gabinecie tego nie powiem (a może powinnam), więc napiszę tu:
Jeśli ktoś jest zdrowy. Nie ma jakiejś wady genetycznej. Odżywia się normalnie.
W tej sytuacji ZĘBY SIĘ SAME NIE PSUJĄ.
Do rozwoju próchnicy są potrzebne cztery rzeczy: podatne zęby (ofkors, próchnica w bezzębnej jamie ustnej się nie rozwija), czas (zalegania płytki nazębnej), bakterie (zbadano, że u jałowych szczurów próchnica nie powstaje) i substrat (węglowodany). Bez któregokolwiek z tych czynników próchnicy nie będzie.
W przypadku zaniedbań higienicznych bakterie z jamy ustnej (których się nie wyeliminuje) mają dużo czasu na wykorzystanie węglowodanów z jedzenia (przy czym podobnoż bardziej próchnicotwórczy jest biały chleb i chipsy, niż czekolada, która się szybciej wypłukuje) na produkcję kwasów rozpuszczających zęby (w uproszczeniu).
Może powinnam wykładać brutalną prawdę? „Pani doktor, od czego te zęby się tak psują?”

OD, KUŹWA, ICH NIEMYCIA!!!
I niechodzenia do dentysty.

2. Dzisiaj nieco przedłużony dzień w pracy zakończył się triumfem chirurgicznym. Przyszedł pacjent z bólem, ząb do usunięcia. Pan duży (więc ząbek potencjalnie kłopotliwy), ząb dość zniszczony, byłam sama (plus asysta, ale ona mi w razie problemów nie pomoże). Serce nadal mam miętkie, żal mi było obolałego chłopaka odesłać, z drugiej strony po łebku krążyła mi myśl, że sobie nie poradzę. No dobra, próbujemy. Znieczuliłam, odwarstwiłam ozębną nakładaczem, wtłaczam kleszcze, zaciskam, zaczynam wyważać – kurna, kruszy się, zaraz się złamie i nie będzie jak złapać, trzeba będzie odesłać do chirurga – wyważam w drugą stronę – rusza się, może coś z tego będzie – kilka ruchów na boki i ząbek wylazł.
Czasami się udaje ;).

3. Środowy wypad do Gda zakończył się herbatą (miała być kawa), naleśnikami (przez które nie było kawy, bo mi nie pasowały) i zakupami z koleżanką ze studiów (wyszłyśmy z C&A ze sweterkami, ja dodatkowo upolowałam prezent dla rodzeństwa, zostały jeszcze 2 drobiazgi dla rodziców). Byłam w domu po 19. Kolejne fajne popołudnie.

4. Wczoraj natomiast zyskałam argument za kupnem sobie nowego laptopa na raty. Dzięki temu może łatwiej dostanę kredyt na mieszkanie! Po Świętach zacznę się intensywnie rozglądać :> ;).

EDIT:

5. Wniosek po przyjęciu pewnego pacjenta w dniu wczorajszym: jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy robić speckę z dziecięcej, niech mnie ktoś zastrzeli. Ortodontą być mogę (niegdyś wymyślony możliwy kierunek dokształcania się: w ramach zemsty na świecie za 10 lat noszenia aparatów ;) ), bo najgorsze, co robi ortodonta, to wyciski, które są nieprzyjemne, ale nie bolą.

6. Przy okazji specjalizacji i wspomnianego biegania po Gdańsku z koleżanką, zgodnie doszłyśmy do wniosku, że likwidowanie LDEPu to zbrodnia wobec osób, które planują robić specjalizację.

Zupełnie normalnie

„Zaczęłam go chwalić, żeby wiedział, że jest kochany” – ja w rozmowie ze starszymi wiekiem rodzicami koleżanki podczas wspólnej jazdy do miasta (we dwie jechałyśmy na kawę, rodzice koleżanki skorzystali z transportu, bo chcieli zrobić zakupy). Przy okazji pogładziłam kierownicę przedmiotu wypowiedzi.

Tak, mówiłam o swoim samochodzie.

Dobrze, że moja matula szkoli się na socjoterapeutę. Może za 2 lata będzie w stanie mi pomóc ;).

Kawkujemy

Jedna koleżanka zagroziła, że musimy oblać moje dyplomatorium. Ponieważ obie jesteśmy przeraźliwe wręcz alkoholiczki-imprezowiczki, zasuwamy jutro koło 12 na kawkę ;).

Z drugą koleżanką kawka będzie we wtorek – znowu jadę do Izby oddać papier do LDEPu i zapytać się o staż cząstkowy (protetykę i ortodoncję w gruncie rzeczy powinnam zrobić gdzieś indziej), potem sobie pokawkujemy. Dostanę film ze wspomnianego dyplomatorium i też będzie fajnie. :)

Ogólnie kawoszem nie jestem, ale piję kawki niestandardowo przygotowane (znaczy w udziwnieniach poniżej ogromnej ilości mleka nie schodzę ;) ) dla smaku. Na pobudzenie stosuję czarną herbatę, podczas sesji dyplomowej chłonęłam napoje energetyzujące. Kawa na mnie w ogóle w ten sposób nie działa.

Dzisiaj rano w pracy znowu robiłam za pogotowie bólowe, ale chętnych było mało. Mój pacjent, który od tygodnia łazi z wkładką wybielającą w zębie ponownie się nie stawił na kontrolę. Muszę go chyba postraszyć powikłaniami, żeby przychodził, kiedy należy, a nie wciskał mi się między pacjentów, jak mam roboty po pachy.

Dobry kolega Robson ( :* ) dostarczył nowy pilniczek do wystroju bloga. Mam jeszcze taki z akcentem świątecznym, pojawi się za jakieś 2 tygodnie ;). Teraz przynajmniej widać, że to K-file! :)

Angielski jest fajny

Na Facebooku można się powymieniać chmurkami z osobami, których kompletnie się nie zna i by się ich nie poznało w innych okolicznościach. Przez chwilę miałam wśród znajomych dwie Litwinki, jedną Bułgarkę, jedną Chorwatkę, nadal mam Amerykankę mieszkającą w Niemczech.

Gdzie indziej można różne ciekawe rzeczy poczytać. Na różne tematy. Jeśli ilość materiałów po polsku nie jest zadowalająca, warto sięgnąć po te po angielsku. A wtedy niech rozwija się szajba.

Ostatnio spędziłam 3 popołudnia nad czytadłem, napisanym profesjonalnie, na podstawie serialu „24 godziny”. Po angielsku. Rozrywka była przednia. Matula, przy której zazwyczaj głupio mi jest spędzać całe dnie przed ekranem kompa (na studiach miałam przez to problemy), pochwaliła. „Uczysz się języka metodą naturalną”. Znaczy taką, jaką uczą się języka małe dzieci. To prawda. Lata czytania takich książek, fanfictions (amatorskich opowiadań na podstawie książek, seriali, komiksów, sztuk teatralnych itp.) wyrobiły u mnie pewną swobodę w używaniu angielskiego. Nagle nie mam większych problemów z dobieraniem czasu do zdania. Mam pewien zasób słownictwa potocznego. W takim czytaniu nie chodzi o to, żeby sobie w myślach tłumaczyć słowo po słowie. Znacznie lżejszą metodą jest chłonięcie kontekstu, a sprawdzanie w słowniku tylko pojedynczych, kluczowych słów. Nie piszę, że byłabym w stanie prawidłowo i ładnie przetłumaczyć na polski te wszystkie czytadła, które zaliczyłam. Ale wiem, o co w nich chodziło i dobrze się bawiłam podczas lektury.

Ktoś powie: łatwo Ci mówić. Może i owszem. Uprawiam proceder „zaliczania czytadeł” od liceum. Angielskim zaczęłam się pasjonować już w gimnazjum. W liceum byłam w grupie zaawansowanej (do której przydzielano na podstawie wyniku testu zdawanego po dostaniu się do danej szkoły), edukację akademicką z języka angielskiego skończyłam zwolnieniem z egzaminu ustnego i 5 w indeksie.

Dzisiaj w rozmowie z mamą rzekłam mądre, oczywiste zdanie, z którym rodzicielka, od lat „walcząca” z językiem niemieckim, zdecydowanie się zgodziła.

„Nie wolno się zmuszać.”

Trzeba sobie znaleźć coś, co jest związane z zainteresowaniami i studiować ten temat w ćwiczonym języku. I chcieć rozwijać swoją znajomość języka. Oba te czynniki są bardzo ważnym krokiem w stronę sukcesu :).

PS.: Jak to jest, że ilekroć gdzieś piszę, że nie mam o czym pisać, przychodzi mi wena na notkę?

Niepalacze

Ostatnio miałam szkolenie BHP, które było pełne polotu i strasznie ciekawe, jak na takie szkolenie przystało. Po drodze wspomniano o zakazie palenia. „Czy tu ktoś pali?” – padło pytanie. Obecni spojrzeli po sobie (ja, jeden z lekarzy i 4 asystentki) i zaprzeczyli.

Rzeczywiście, stwierdziłam w myślach. Od nikogo nie śmierdzi dymem, nikt nie znika co jakiś czas na dymka. W całej firmie nie pali nikt.

Moi pacjenci, którym usuwam zęby, też jak jeden mąż zaprzeczają paleniu. „Jeśli pan/pani pali, to dzisiaj się ograniczyć” – mówię jako fragment litanii zaleceń po ekstrakcji. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś zrobił zbolałą minę.

Muszę zapytać, jak zakaz palenia funkcjonuje w firmie mojego ojca. Tam z kolei NIE palą chyba tylko 3 osoby: szefostwo i sekretarka. No i ja, jak mi się zdarzy tam czasami pracować. Wkurza mnie strasznie, jak ktoś stanie nade mną, plotkuje z kimś mi towarzyszącym (ze mną plotkują rzadko, bo nie jestem tam zbyt często i zazwyczaj skupiam się wyłącznie na pracy, słuchając muzyki z odtwarzacza, żeby zagłuszyć hałas maszyn) i wymachuje mi nad głową zapalonym papierosem. Często zdarza mi się wtedy dość ostentacyjnie kaszleć.

Piszę o tym dzisiaj, bo Morfeusz dał znak życia i wkleił notkę. Nie pisze, czy pacjent w niej przedstawiony był palaczem. Nie wiadomo nawet do końca, co mu jest. Ale tak mi się skojarzyło. Jeśli był, niech to będzie przestrogą dla tych, co smolą i myślą, że ich problem z nieustępującym, nieinfekcyjnym kaszelkiem nie dotknie.

Na FaceBooku polubiłam stronę „Popieram zakaz palenia w miejscach publicznych”. Cieszę się, że taki zakaz powstał. Wkurza mnie, jak palacze grzmią, że to ograniczanie ich wolności. Wolność jednych kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Ja mam prawo nie umrzeć na raka płuc z powodu biernego palenia.

Debiut cukierniczy

Moje umiejętności w kuchni pozwalają mi na utrzymanie się przy życiu. Nic ponad podstawy (w tym obiadowe) nie robię, głównie dlatego, że w kuchni rządzi moja rodzicielka. No i mi się nie chce. No i nie mam motywacji. Matula od wielu lat grozi, że zrobi mi intensywny kurs gotowania, ale nic z tego nie wychodzi.

I w sumie nie przeszkadza mi to.

Eksperymenty wolę przeprowadzać w samotności, a rzadko kiedy się zdarza, że mi się zachce i w dodatku mamy nie ma w domu. Podejrzewam, że moje umiejętności rozrosną się przy okazji dorwania się do WŁASNEJ kuchni, czyli za parę lat. ;)

Ostatnio rodzeństwo zrobiło mi apetyt na bloga mojewypieki.blox.pl [obecnie mojewypieki.com – przyp.aut.2015]. A tam przepis na najprostsze ciasteczka maślane. Matula pojechała się dokształcać, a ja kupiłam w sklepie porządne masło i zabrałam się do roboty.

Ogólnie proces twórczy trwał jakieś pół godziny, łącznie z pieczeniem. Wyszło to.

Kruche, ale nie bardzo suche. Dodany aromat migdałowy (chciałam waniliowy, ale nie było w domu) dodaje im delikatnego smaczku. Mimo braku papieru do pieczenia (piekłam na blasze wysmarowanej olejem) wyszły pychotne.

Dumna z siebie jestem przestraszliwie. Ciekawe, jak długo przetrwają, bo sama zeżarłam przynajmniej 1/3, a rodziciel (porównywalny ze mną, jeśli nie większy łakomczuch) już się o nich dowiedział.

Już mam ochotę upiec jutro 2x większą porcję. Chyba trzeba będzie się przebiec do sklepu po masło…

Czasami po prostu nie wyjdzie

Zwyczajnie zły los pada na jakiegoś pacjenta i u niego wszystko się skomplikuje, i nic nie wyjdzie. Najpierw nie wiadomo, który ząb boli. Potem znieczulenie pójdzie do naczynia krwionośnego i pół twarzy się znieczuli (z urodziwym efektem anemizacji – czyli zblednięcia wywołanego środkiem obkurczającym naczynia – na skórze). Jak już otwarcie zęba i znalezienie kanałów się uda, to się, kurna, prawdopodobnie złamie narzędzie w kanale.

Wysłałam pacjenta na drugie zdjęcie RTG, żeby zobaczyć, czy coś z tego będzie.

Ogólnie najpierw człowiek jest szczęśliwy, że po pięciu godzinach piec w domu nie wygasł, jest w miarę ciepło i wystarczy tylko podrzucić węgla, nie trzeba znowu rozpalać, a z drugiej strony teraz przez 2 tygodnie będę myśleć o tym zębie, który prawdopodobnie pójdzie na  straty (pacjent nie pisze się na długotrwałe, skomplikowane leczenie).

Prawdopodobnie przeze mnie.

Kto nic nie robi, nie popełnia błędów? Czy pocieszeniem ma dla mnie być, że kolejny pacjent z mierną dentofobią poprosił o moje nazwisko, żeby móc zapisać się na następną wizytę tylko do mnie, „bo żyje”?

Pomyśleli o mnie!

Moja alergiczna, prawa łapka mimo smarowania kremem wygląda tragicznie: czerwona skóra, pęcherzyki i strupki. Dziś jedna z asystentek wymieniła pudełko z dotychczas używanymi, zielonymi rękawiczkami z lateksu na ślicznie fioletowe, kupione specjalnie dla mnie rękawiczki nitrylowe. Drogie jak pierun (podobno prawie 2x droższe od tych lateksowych) i trochę ciężko się je zakłada (bo bezpudrowe, więc wyszło, że rozmiar XS jest cosik za mały), ale byłam wdzięczna za to zamówienie. Może mojej łapce nieco ulży. Nie prosiłam. Stwierdziłam, że przeżyję. A tu taka niespodziewajka!

Przy okazji powiedziałam, jakich konkretnie winylowych używałam wcześniej, że były tanie jak lateksy i dało się je założyć na wilgotne ręce (z nie wszystkimi winylowymi rękawiczkami się to udaje).

Alergia to suka ;).