Archiwum miesięczne: Grudzień 2010

„Lubi pani doktor leczyć dzieci?”

… zadano mi pytanie.

„To zależy,” odrzekłam ostrożnie.

„Bo dzwonił ktoś z dzieckiem do usunięcia mleczaków i powiedział, że chce tylko do pani, bo pani ma dobre podejście do dzieci.”

Zdziwiłam się, choć miło coś takiego usłyszeć. Już wyrabiam o sobie opinię ;). Mam tylko nadzieję, że nie oddelegują mnie do szkoły ;).

Taki paradoks. Dzieci własnych raczej nie chcę mieć. Raczej, bo moje rodzeństwo jeszcze kilka lat temu się zarzekało, że absolutne NIE dla dzieci, teraz ma 1,5 sztuki. Więc może kiedyś instynkt macierzyński się we mnie obudzi. Na razie nie.

Dla dzieci na fotelu jestem w miarę cierpliwa. Nie opieprzę, choć mam czasami ochotę, ale chyba nie jestem w tym sama ;). Staram się prośbę o niewsadzanie języka do ubytku obracać w żart o jęzorze, co to żyje własnym życiem. Z zasady nie robię na siłę – raz mi się zdarzyło i nie chcę tego powtarzać. Czasami sobie nie radzę w pertraktacjach, a już kompletnie nie umiem przedstawić idei znieczulenia tak, żeby maluch się nie przestraszył. Mam jednak na koncie kilka zwycięstw, jak dziewięciolatka, który zaczął mi płakać na fotelu, zanim jeszcze coś ruszyłam, przekonany przeze mnie do znieczulenia górnego zęba spokojnie dał go sobie wyleczyć. Na koniec odbył się dialog między mną a pacjentem:
– I co, było strasznie?
– Nie.
– Nie będzie afery następnym razem?
– Nie.
Na następnej wizycie wszedł niemal w podskokach i na wstępie zażądał znieczulenia. Na co ja mu walnęłam przewodówkę żuchwy, bo dziursko wołało o natychmiastową pomoc. A w gabinecie nie mamy karpuli z cienkimi igiełkami, tylko normalne strzykawki, nad czym ubolewam. W tej sytuacji pozostaje mi tylko obiecywać, że będę robić bardzo powolutku i delikatnie. Zazwyczaj się udaje.

Jaki mam wybór z tym leczeniem dzieci? Poza zgaszeniem lampy i obniżeniem fotela, jeśli maluch absolutnie nie chce współpracować? Wejście dziecka do gabinetu to zawsze jest loteria. Nigdy nie wiadomo, jak będzie się zachowywać, jak zareaguje na strzykawkę, jak na wiertarkę i wiertło. Ja lubię mieć wszystko poukładane i zaplanowane.

„To zależy, jak się zachowuje” – dokończyłam rozmowę.

Przeżyłam

Wczoraj sflaczała opona została napompowana przez rodziciela. Dzisiaj miałam jechać do zakładu oponiarskiego, coby mi wymienili letnią „rezerwę” na owo, zimowe koło. W tym celu wstałam z łóżka i wyszłam z domu całe pół godziny wcześniej. Panowie w zakładzie wypytali a co, a dlaczego, sprawdzili zimówkę, zdjęli oponę z felgi, przeczyścili, przesmarowali, założyli z powrotem, wyważyli i wymienili. Zapłaciłam 15 zł i na czterech zimowych kołach potoczyłam się do pracy.

Tam przywitał mnie tłum na poczekalni, który zresztą utrzymywał się do godziny 12 (pracujemy do 13). W międzyczasie kilku pacjentów przyjął szef, którego oficjalnie nie ma ;). Ponownie (kilka razy wcześniej już tego dokonałam) udało mi się przekonać pacjenta do leczenia kanałowego zęba, zamiast do jego ekstrakcji. Często się zdarza, że pacjenci mają podejście „boli, to wyrwać”. Poza tym z deczka opieprzyłam mamusię, która swoją córeczkę posadziła drugi raz w jej (córeczki) życiu na fotelu ze słowami „nie bój się” – a dzieciak wyglądał i zachowywał się zupełnie normalnie. Na mnie na miejscu tego dziecka takie „nie bój się” raczej nie zadziałałoby uspokajająco. Wystąpił dodatkowy bonus w postaci już martwego zębiszcza u dziewczęcia, więc nie musiałam jej kłuć i nic nie bolało. Dziewczę dostało maseczkę i rękawiczki za wzorcowe siedzenie na fotelu. ;)

Skończyłyśmy pracę troszkę po 13. Wróciłam do domu, tocząc się po przyczynie moich poniedziałkowych przeżyć z zawrotną prędkością 30-40 km/h, zapewne denerwując tym pana w Audi za mną, ale, jak planowałam wcześniej, miałam to w d***. Nie trąbił i nie mrugał światłami, więc może zrozumiał dziewczę w małym, stalowym pudełku przed sobą.

W domciu powitał mnie ciepły obiadek i brak pracy dorywczej. Zeżarłam obiadek, posiedziałam w sieci i klapnęłam się na wyrko na 2 godziny celem drzemki.

Jeszcze tak o dniu wczorajszym: w Gdyni byłam u dermatologa. Podniósł mi dawkę obciążających wątrobę leków. Najfajniejsza była kwestia Sylwestra: doradził odstawienie piguł na dwa dni, jeśli planowałabym coś bardziej hucznego. I to jest ciekawe: nie mówił o ograniczaniu alkoholu, tylko piguł. Lubię tego faceta :).

Rodzice wyjeżdżają jutro rano na 4 dni (wrócą 2 stycznia). Dobrze, że Sylwka nie spędzę sama, bo byłoby depresyjnie :). Zresztą nadal może być, ale lepiej z kimś, niż samej ;).

Pilniczek świąteczny na razie zostanie. Myślałam o dalszej eksploatacji kolegi Robsona (jakieś fajerwerki?), ale nieeee, nie będę taka. ;)

Zaczęłam solidniej rozglądać się za komputerem. Polecane przez znajomych Delle zostaży mi odradzone przez rodziciela. Na tapecie są jeszcze komputery marki Lenovo (to przemianowany IBM?), Toshiba (mój pierwszy laptop to była stara Toshiba, przed usmażeniem się karty graficznej bardzo dobrze mi służyła), choć podobno jakość im spadła; Sony (Vaio są drogie :( ), zaś opinii o Samsungach, też dość popularnych i tanich, niestety nie znam. Matula ma netbooka Samsung i chyba nie narzeka, ale ja wolę większe rozmiary ;). No i HP, ale one też komuś podpadły. Ech. Nie znaju się :(. Tylko głupio będzie, jak ja sobie coś wyszukam, obecny Dell obrazi się ostatecznie, a nie dostanę kredytu…

Zdecydowanie kijowy dzień

Przynajmniej początek.

Przez wypitą wczoraj wieczorem herbatkę i przeróżniste emocje wyspałam się średnio. Udało mi się zebrać do pracy, spokojnie odśnieżyłam autko, które zapaliło bez problemu, ujechałam nawet jakieś 200 metrów… Po czym poczułam, że silnie ściąga mnie na jedną stronę. Zatrzymuję się, wysiadam, patrzę: flaczek.

Na kołach mam nieściągalne kołpaki, więc nawet nie dałabym rady zmienić koła. Zresztą wydawało mi się, że flaczek jest spóźnionym skutkiem wczorajszej obrotki – opona wyglądała, jakby zeskoczyła z felgi. Z drugiej strony, wczoraj dojechałam do domu bez dziwnych wrażeń, więc niekoniecznie to musiało być to.

Dzwonię do matuli. Stwierdzamy, że nie damy rady nic zrobić, więc matula zawiozła mnie do pracy.

W pracy tłum. Druga pani doktor nie dojechała wcale z powodu awarii sieci trakcyjnej [kolejki SKM – dop.aut.2015].

Jakoś się ów tłum udało opanować. Nie przyszło paru zapisanych pacjentów, niektórych nawet nie tknęłam, u innych szło całkiem szybko, jeden pacjent „bólowy” został odesłany na jutro. Dało o sobie znać jednak moje ogólne podenerwowanie: pod koniec zmiany zrzuciłam na podłogę kilka narzędzi.

Na koniec pojawiła się kwestia, czy kolejki wznowiły kursowanie – miałam przeca w planach jazdę do Gdyni, a bez kursujących kolejek bym nie dojechała. Już planowałam pójście na autobus i powrót do domu, z błagalnym telefonem do dohtora, żeby mnie wcisnął gdzieś w jutrzejszy grafik. Całe szczęście, pociąg stawił się, choć z niewielkim opóźnieniem.

Pobyt w Gdyni przebiegł bez zakłóceń. Jeno w drodze powrotnej kolejka raczyła się spóźnić i stać na niektórych stacjach, więc nie zdążyłam na autobus. Wykupiłam zdobytą w Gdyni receptę i poszłam na inny. W drodze powrotnej cosik zmarzłam (z racji wożenia się po burżujsku czapkę zakładam tylko do odśnieżania podwórka), ale też dowiedziałam się, że moim stalowym rumakiem zajął się już rodziciel. Kiedy doszłam do domu (po drodze kilkanaście razy prawie zwichnęłam sobie kostkę: kiedy kupowałam kozaczki na kilkucentymetrowym obcasie, nie przewidywałam przebijania się przez śniegi), autko stało przed domem na zapasowym, letnim kole. Czyli ostrzegam: jutro będę całą trasę jechać z prędkością 30 km/h ;).

Chlip chlip

Niech mnie ktoś przytuli…

Przez chwilę myślałam, żeby jednak jechać jutro do Gdyni autkiem (posmakowało się tego luksusu, ojjj, tak), ale dzisiaj zaliczyłam swój pierwszy w życiu obrót samochodu o 180o i pewnie teraz przez jakiś czas będę wkurzać kierowców za sobą zbyt zachowawczą jazdą. Co mam zresztą w d***.

Ogólnie fajnie, że ruchliwa droga prowadząca do dość dużej miejscowości, położonej nieco na uboczu od głównego traktu, chyba ani razu od początku zimy nie została posypana czymkolwiek. Dzisiejszy obrót zresztą był troszkę z mojej winy, bo jechałam nieco za szybko, za późno i zbyt gwałtownie zaczęłam hamować za samochodem, który stał i czekał na możliwość skrętu w lewo. W tym miejscu pragnę podziękować Panu, który się zatrzymał, podszedł, żeby zapytać, czy nic mi się nie stało i potem pomógł w powrocie na właściwy kierunek poprzez zatrzymywanie nadjeżdżających samochodów.

Autku nic się nie stało. Po poślizgu odbiło się na przydrożnej zaspie. Nawet pasa nie zmieniłam.

Ja też w jednym kawałku. Tylko lekko psychicznie rozbita. Dobrze, że robótka, którą poświątecznie przywiózł mi Rodziciel, nie jest na jutro. Bo pewnie znowu bym się poryczała, a tak jakieś pół godziny pracy i resztę dokończę jutro…

Świątecznie

[Notka z gatunku beznadziejnych]

Po raz pierwszy w życiu nie będę miała ferii świątecznych.

Tak, tak, drogie dzieci. Po studiach Was też to czeka! Chyba, że będziecie pedagogami różnego sortu… [jak życie w tym roku wykazało, nawet pedagodzy nie mają ferii ;) – dop.aut.,2015]

Te trzy świąteczne dni spędziłam na radosnym opierniczaniu się. Obejrzałam 2,75 filmu („Die Hard”, 0,75 „Casino Royale” i „Fifth Element”), z czego nie widziaśam wcześniej w całołci tylko jednego (ciężko zgadnąć, którego, skoro to wszystko takie świeżynki…). Powinnam jakiś serial nadrabiać, ale to się może uda w okresie okołosylwestrowym. Bo potem to nauka do LDEPu.

Co do prezentów, to zaskoczenia nie przeżyłam, jako że większość pochodziła z mojej chcelisty. Wydanie DVD „Casino Royale” również na niej się znajdowało. Podobnie jak depilator elektryczny, którym potraktowałam półtorej łydki (przepraszam osoby, które nie mają ochoty czytać takich szczegółów) i stwierdziłam, że dalsze traktowanie przekracza moje chwilowe możliwości. Nie, że bolało. Tylko… było nieprzyjemne. Z czasem to się podobno robi mniej dokuczliwe. Na pewno wygląda mniej dramatycznie od depilacji woskiem ;) [WYBACZCIE!!!].

Tak sobie siedzę i patrzę na tego mojego Della Latitude C840. I sobie myślę, że mimo jego zasług dla mojego przeżycia pod koniec studiów, chętnie bym się z nim rozstała na rzecz czegoś nowszego. Z różnych przyczyn zatem wyruszę na polowanie na nowego laptopa do RTV Euro AGD (do Media Markt za daleko) dopiero po Nowym Roku, z nadzieją, że kilkusetzłotowy wkład własny i umowa o pracę do końca września pozwolą mi nabyć coś fajnego na jakiś miły kredyt.

Jutro zatem powrót do rzeczywistości poniedziałkowej popołudniówki, pojutrze jazda do Gdyni. Chyba pojadę kolejką, choć w Wigilię zaliczyłam pierwszą od czasu kursu na prawo jazdy podróż tamże za kierownicą samochodu. Całe szczęście nie musiałam wjeżdżać do ścisłego centrum, z czym jednak wiązałby się cel mojej wtorkowej podróży. Środa zapowiada się normalna, w czwartek postaramy się nieco skrócić kolejną popołudniówkę, nie tylko z okazji końca roku, ale też wybycia z domu moich rodziców (cztery dni wolnej chaty!!!). Sylwester wolny. Znaczy ze sprzątaniem, do którego przyłożę się chyba bardziej, niż na święta…

Językowa zagwozdka

Wczoraj, szukając tabeli odmiany angielskich czasowników nieregularnych (nie pytajcie, po co ;) ), trafiłam w jakimś starym kompendium na wymienione niektóre różnice między angielskim z Anglii, a amerykańskim.

Ogólnie wyszło na to, że używam tworu łączącego konstrukcje gramatyczne z obu odmian.

W szkole uczono nas tej pierwszej, więc trochę bardziej skomplikowanej. Amerykanie stereotypowo lubią sobie ułatwiać życie, więc i gramatyka jest czasami prostsza, np. w takim zdaniu: US „Did you hear the news?” – UK „Have you heard the news?”. Albo w US wywalają słówko „got” w zdaniach z „have” w znaczeniu posiadać (US „I have a car” – UK „I have got a car”). Niektóre czasowniki, które są nieregularne w UK, w US stają się regularne (burn, dream, learn, leap, smell, spell, spoil). Ponieważ kompendium traktuje o gramatyce, różnice typu „petrol”-„gas” czy „colour”-„color” nie zostały w nim zawarte.

Powstanie tworu wiąże się oczywiście z tym, że na wiedzę szkolną nałożyłam swoją metodę uczenia się, czyli czytanie zwykle amerykańskich opowiadań i oglądanie niemal zawsze amerykańskich filmów i seriali. Przez chwilę myślałam, żeby sobie owe kompendium troszkę dokładniej przejrzeć, coby się zdecydować, której konkretnie wersji angielskiego używać.

A potem przyszło mi do głowy:

Czy kogoś to w ogóle obchodzi, że czasem powiem tak, a innym razem inaczej? Grunt, że raczej dogadałabym się po angielsku i dalsze poznawanie tego języka ciągle sprawia mi tę samą przyjemność :).

Święta

W gruncie rzeczy chyba nigdy nie składałam na blogach życzeń świątecznych. Chyba dlatego, że nigdy nie wiedziałam, co bardziej oryginalnego wymyśleć, poza tym, wszyscy to robią, a ja nie lubię aż tak bardzo iść za trendami.

W tym roku, na pierwsze Święta na Pilnikowym, wyłamię się ze swoich zwyczajów.

(choinkę znalazł Wujek Google)

Zatem:

UCZNIOM: powodzenia w szkole. Świetnych wyników na egzaminach i maturze. Dostania się do tej szkoły, którą sobie wymarzyliście. Dotarcia do celu :)

STUDENTOM: bądźcie godnymi reprezentantami braci studenckiej. Zdawajcie egzaminy śpiewająco, korzystając przy tym z typowych zalet studenckiego życia :). Moim przyszłym kolegom po fachu życzę miłych i cierpliwych pacjentów, udanych wycisków czynnościowych i kształtnych plombek bądź też rzeźb z plasteliny ;).

POZOSTAŁYM: sukcesów na polu zawodowym i prywatnym. Jak najmniejszej ilości pracowych dylematów. Satysfakcji przede wszystkim – z tego, co się robi i jak się żyje.

SOBIE życzę oglądalności godnej Top1000 ;).

I dla wszystkich razem: wesołych, pogodnych, szczęśliwych, zdrowych, bezpiecznych, sycących świąt Bożego Narodzenia :)

życzy
thekfile

Brr

Tak przedwigilijnie.

Złożyłam oficjalny protest przeciwko przywożeniu mi roboty dorywczej na Święta. Protest został wysłuchany. Wczoraj po tym, jak rodziciel przytargał paczki z robotą, zaniosłam je do pokoju i poryczałam się, co mi się ostatnio bardzo rzadko zdarza. Od dwóch miesięcy nie robię nic innego poza dorabianiem i mam już tego serdecznie dość.

Wspomniany ryk zamienił się we wkurz, wkurz wywołał zastrzyk adrenaliny czy innego hormonu stresu i robotę zrobiłam całkiem szybko. Zresztą zawsze byłam bardziej skuteczna w stanie wkurza. Dzięki temu jeden z oblanych egzaminów na IV roku poprawiłam na 4+ ;).

Znaczy do wtorku prawdopodobnie spokój. Może będzie troszkę więcej czasu na różne formy opierniczania się. Z pożeraniem pierników włącznie.

Poza tym poznałam wczoraj straszną datę:

LDEP odbędzie się 12 lutego, w sobotę. Już wiem, kiedy wezmę swój pierwszy urlop :>. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Dziś odkryłam

sposób na usuwanie potencjalnie „trudnych” zębów.

Mianowicie, na widok ząbka z koroną zeżartą do poziomu dziąsła (czyli praktycznie bez korony) należy się na wstępie negatywnie nastawić.

„Nieee, to nie wyjdzie, będę pana musiała odesłać do chirurga… Ale może jednak spróbuję…”

Już dwa razy tak „spróbowałam” i dwa razy wyszło. W tym raz dzisiaj.

Bo jak ząbek jeszcze koronę ma, to w 70% przypadków owa korona się pokruszy i trzeba będzie wołać szefa. W jakimś, choć niewielkim, procencie, szef każe wypisać skierowanko do chirurga.

Jak wygram w Lotto i będę miała własny gabinet, to się w próbowanie bawić nie będę. Wszelkie pieńki dostaną kopa. O.

Aczkolwiek nie obiecuję.

Ogólnie zapitolnik ((c) dr-mery) przedświąteczno-przednoworoczny, w pokoju mam burdel, dużo możliwości dorywczego dorabiania, którego mam już w gruncie rzeczy dość, nie ma kiedy posprzątać, nie mam pomysłów na ostatnie drobiazgi dla rodziców i ogólnie jest niefajnie.

Ale za to jutro tylko na 2 godzinki do pracy :>. Podobno dyżur dla obolałych. Czasowo powinnam przyjść 3 pacjentów. 2 mam już zapisanych. Czarno to widzę.

Już chodzi mi po łbie myśl o wzięciu urlopu. Pewnie zrealizuję ją w okresie około-LDEPowym.

Jeszcze tyle czasu…

… do spełnienia tego marzenia, że aż mi z tym źle.

Rok? Dwa? Trzy?

Czemu aż tyle?

Ludzie pytają „a co, źle ci?”, „z kim będziesz tam mieszkać?”.

Tak, czasem mi źle, choć nie muszę spłacać kredytów (poza rodzicielskim na samochód), płacić rachunków i wykańczać pokoi.

Sama będę mieszkać. Sorry, z kotem. Mamy XXI wiek.

Mam chyba za dużo czasu na myślenie…