Archiwum miesięczne: Listopad 2010

Strażnicy grawitacji

Jeden z moich (tak jakby) kotów ma zwyczaj zrzucania rzeczy z półek. Ponieważ jest głuchy, nie słyszy huku. Słyszą za to właściciele i okazują odpowiednie zainteresowanie. Przyzwyczaił swoich poprzednich opiekunów, że jak coś zrzuci, to dostanie jeść.

Potrafił ich budzić w ten sposób w środku nocy.

U nas coś takiego nie działa. Wszystkie rzeczy tłukące się zostały schowane, więc jedynym przedmiotem, który może zrzucać, jest… miska na jedzenie. Stoi na szafce w korytarzu (żeby psy nie wyjadły karmy). Dźwięk metalowej miski lądującej na kaflach jest wyraźnym znakiem, że Dyziek jest głodny.

Napisałam o tym na Facebooku. Po chwili odezwał się mój znajomy, zwariowany (pozytywnie) kociarz, który walką o życie i zdrowie niepełnosprawnego sierściucha zarobił u mnie wielkiego plusa (nie znałam go z tej strony wcześniej). Napisał coś bardzo słusznego:

„Koty to strażnicy grawitacji. Często muszą sprawdzać, czy działa.”

No więc, Dyziaczku, nie ma żebrania. Od teraz będzie to po prostu testowanie grawitacji.

Jestem beznadziejna

w dłutowaniu. Czasami wychodzi, ale zazwyczaj nie. Wtedy woła się szefa, szef ze swoim wiecznym uśmiechem narzuca fartuch i już od drzwi pyta „Który?”.

Niedopsz, niedopsz.

Dzisiaj były chyba trzy ekstrakcje, z czego poradziłam sobie tylko z jedną :(.

No nie umiem, no. Na studiach nie nauczyli.

Poskarżyłam się emailowo panu Czołowemu Informatykowi z GUMed, że nie mam dostępu do wyników ankiet dydaktycznych. To taki fajny wynalazek, dzięki któremu studenci mogą anonimowo wystawić opinie swoim prowadzącym zajęcia. Chciałam się dowiedzieć, ile osób i jak bardzo obsmarowało pewną panią doktor, która wpędzała mnie w depresję co poniedziałek przez cały semestr, a tu kiszka. Podobno mają to naprawić. Nieładne takie traktowanie absolwentów!

Poza tym, również emailowo dowiedziałam się, na którą mam dyplomatorium w piątek za 2 tygodnie. Miałam dzwonić dzisiaj do dziekanatu, a tak wczoraj wieczorem nastukałam liścik i dziś przyszła odpowiedź. Ogólnie cudnie. Email to fajowy wynalazek ;).

Zdjęcia dziś nie będzie :(

Pogoda się spsuła i kolory wyblakły :(. Może inną razą ;)

Dzień testów

Pojechałam dziś do pracy ze świadomością, że o 11 na fotelu wyląduje moja własna mama. Niby po pobieżnym rzucie oka wydawało się, że przypadek będzie prosty – ot, troszkę ukruszona ścianka zęba. Ale jak wiadomo, leczenie rodziny czasami kiepsko się kończy.

Wcześniej jednak usiadł pan z bólem. Korzenie do usunięcia. Pan przyznał się, że strasznie się boi, wtedy włączyłam „łagodny uśmiech k. #4” i zapewniłam, że znieczulenie jest najbardziej nieprzyjemną częścią całego zabiegu (wszak jestem mądrzejsza o jeden usunięty ząb własny). Kujnęłam pana w podniebienie i przedsionek jamy ustnej, złapałam kleszcze i wyciągnęłam dwa widoczne korzenie. Pacjent po zabiegu szturchnął mnie lekko i z cichym „pani doktor…” pokazał mi inny ząb, który pozornie by wyszedł na chwyt palcami. Roześmiałam się. „No ładnie, sprawdził mnie pan już i stwierdził, że można przy okazji i to załatwić!”. Na to pacjent się uśmiechnął i rzekł: „Bo pani doktor tak delikatnie robi, nic nie bolało.” No to mu znieczuliłam dziąsło i ponownie bezboleśnie wyciągnęłam drugiego zęba. Wydałam zalecenia, kolejny pacjent opuścił gabinet z uśmiechem (jeszcze bardziej szczerbatym, niż ten, z którym wszedł).

Miłe takie coś.

A co do matuli na fotelu… Tragedia się nie stała, nawet znieczulać nie musiałam (ząb prosił się o przewodowe, a nikt nie lubi chodzić pół dnia ze zdrętwiałą gębą z powodu drobiazgu), wszystko wyszło ładnie, matula nie zapłaciła, ogólna satysfakcja.

Na koniec dnia miałam pracę w kamieniołomie (znaczy usuwanie kamienia nazębnego, coś, czym zazwyczaj się zajmują nasze asystentki, ale panu pasował tylko termin do mnie), a po pracy zakupy. Prezentu na urodziny mamy nadal nie mam, za to dorobiłam się kozaczków na zimę. A wypłaty już praktycznie nie ma…

Lekko walnięta czy po prostu z pasją?

Przyszedł do mnie dziś pacjent z bólem. Zresztą nie był jedyny, tylko ten akurat egzemplarz miał do usunięcia górnego trzonowca. Właściwie trzy korzenie owego zęba.

Jak widzę te polskie, wioskowe zęby, to mam ochotę przeprowadzić się do USA. Facet młody, a miał do usunięcia chyba 4 zęby.

Tak czy siak, pacjenta znieczuliłam, pogrzebałam troszkę przy korzeniach, żeby można je było łatwiej złapać, wzięłam korzeniowe Meissnery i zabrałam się za wyciąganie przyczyn bólu.

Najpierw wyszedł korzeń podniebienny. Obejrzałam, czy jest cały, mruknęłam „jeden piękny” i wrzuciłam go do spluwaczki. Pacjent w chichot. Potem zabrałam się za korzeń policzkowy mezjalny. Również wyszedł łatwo i w całości. Komentarz „drugi piękny” i lądowanie korzenia w spluwaczce, pacjent znowu w śmiech. Przy trzecim już musiałam troszkę pogrzebać, ale też wyszedł „trzeci piękny”. Odpowiednio zaopatrzyłam ranę, wydałam polecenia, pacjent z uśmiechem na twarzy wyszedł z gabinetu.

Te korzenie naprawdę z satysfakcją się wyciągało.

A ja może wprowadzam zbyt swobodną atmosferę w gabinecie moimi „jeden piękny” i „w tym zębie jest dziura jak studnia” (podsłuchane u mojego dentysty). Trochę po studencku, bo „panią doktor” nadal się nie czuję. Z drugiej strony nie chcę, żeby pacjenci kojarzyli mnie z wredną formalistką. Ten pacjent był niewiele starszy ode mnie, mam całe stado znajomych koło trzydziestki, więc wśród osób w tym przedziale wiekowym czuję się swobodnie i tak się do nich odnoszę (oczywiście zachowując wszelkie formułki typu „proszę”, „pan” itp.). O ile, oczywiście, nie wejdą z bardzo oficjalną miną. Wtedy ja też staję się oficjalna i o wesołych komentarzach przy dłutowaniu nie ma mowy.

To teraz pytanie: czy chwalenie urody usuniętych korzeni świadczy o tym, że jestem stuknięta, czy że znajduję pasję w tym, co robię? :)

Psychologia związków

Jestem zadeklarowaną singielką i zaczynam się denerwować na wszelkie teksty „jak ty będziesz miała męża i dzieci…”. Singielstwo uprawiam troszkę z musu, troszkę z własnego wyboru. Jak wykazał pewien test na Facebooku, mam koci charakter. Koty, jak wiadomo, ogólnie są singlami i dobrze sobie radzą w pojedynkę, ale lubią żyć wśród innych ludzi. I innych kotów zresztą też. Zgadza się. Mam charakter kota. Muszę się o niego bardziej zatroszczyć.

Matula podrzuciła mi e-booka „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy” autorstwa Sherry Argov. Słowo „zołza” brzmi negatywnie, ale zaraz na początku książki autorka zaznacza, że nie ma tego na myśli. Chodzi o kobietę, która wie, czego chce, jest niezależna, ceni siebie, jest zawsze sobą i nie będzie przybiegać na każde zawołanie jej mężczyzny. To tak w uproszczeniu. Przez to wszystko staje się bardziej atrakcyjna.

Książkę czyta się super i polecam wszystkim kobietom. Niektóre teorie nieco mnie pocieszają, że z moim typem singielstwa jestem na dobrej drodze. Z drugiej strony dostrzegam swoje błędy w relacjach z facetami, kiedy jeszcze starałam się, może trochę na siłę, wejść w jakiś związek.

Przez rok spotykałam się z mierną częstotliwością z mężczyzną starszym ode mnie o jakieś sześć lat. Dobrze wykształcony, spokojny, interesujący się psychoanalizą osobnik. Nazwijmy go Bartosz. Zawsze, jak do mnie dzwonił, przedstawiał się pełnym imieniem. Żadne „Bartek”. „Bartosz”. Podczas spotkań przy kawie lub w kinie opowiadał mi, jak to przez kontakty z „Sympatii” (na której zresztą się poznaliśmy) przeprowadzał eksperymenty psychologiczne, stwierdzał, jakie kobiety tam piszą i czego oczekują od faceta. Ale „ja jestem zdecydowanie inna i liczy na normalną relację”. Mniej-więcej.

Pamiętam, jak kiedyś spytałam go o portale społecznościowe. Nie wyraził zainteresowania.

Często przestawiał spotkania. Naszym ostatnim był mój bal dyplomowy, w połowie V roku studiów. Ja za niego płaciłam. Miał jakiś problem z garniturem, ale w końcu coś wymyślił i przyszedł porządnie ubrany. W środku imprezy powiedział mi, że musi wyjść, bo zadzwonił do niego współlokator z wieścią, że zapomniał kluczy. Nie było go chyba półtorej godziny. Na początku imprezy obiecał, że nie będzie marudził. Po chwili narzekał na przesoloną zupę.

Ostatni SMS od niego nadszedł w Dzień Kobiet. Podziękowałam, nie zaproponowałam spotkania. Na Dzień Chłopaka czy Mężczyzny nie napisałam do niego nic. Od tamtej pory cisza.

Ostatnio z ciekawości wpisałam jego nazwisko (poznane zresztą dopiero podczas balu) w wyszukiwarce Facebooka. O dziwo, znalazłam jego konto. Bagatela, trzech znajomych. Podobno „jest w związku”. Kobieta wpisana jako jego partnerka miała w opisie „Kocham mojego Bartusia!”.

„Bartusia”? Naprawdę? Tego faceta, który zawsze przedstawiał się pełnym imieniem?

Wiem już, że i na mnie robił badania psychologiczne. Dwudziestotrzyletnie dziewczę bez doświadczenia z facetami w swej naiwności wierzyło, że „mnie to nie spotka”. Ale ponieważ wspomnianą wyżej książkę w tej chwili czytam po raz pierwszy, dopiero teraz wiem, jakie błędy popełniałam przez tamten rok. Jak niechętnie mówiłam to, o czym myślę. Jak nie chciałam wyrazić swojej opinii na temat jego przestawiania spotkań czy wyjścia z balu (mógł przecież wcześniej powiedzieć współlokatorowi, że wróci późno i jeśli ten zapomni kluczy, to będzie siedział pod drzwiami). Jak na głos zastanawiałam się, na czym stoimy i czy cokolwiek z tego będzie.

Może nic by z tego nie było tak czy siak (koleżanka po balu uznała, że był dla mnie za poważny), ale dziś nie czułabym się, jak były, nieświadomy obiekt badań psychologicznych.

Zresztą, wcale się tak nie czuję. Zastanawiam się tylko nad losem owej partnerki „Bartusia”. Czy to też badania?

A ja? Ja to swoje M2 planuję zdobyć w pojedynkę. Bankowcy podobnoż lubią dentystów. Może ktoż mi da 180 tysięcy złotych kredytu (tyle mniej-więcej kosztują mieszkania o wymarzonej przeze mnie powierzchni na rynku wtórnym), a ja będę w stanie go spłacić. A potem będę polować na samotnego sąsiada przy skrzynce na listy, coby mi karnisz zawiesił.

Niezły plan.

Wracam do czytania.