Dzień testów

Pojechałam dziś do pracy ze świadomością, że o 11 na fotelu wyląduje moja własna mama. Niby po pobieżnym rzucie oka wydawało się, że przypadek będzie prosty – ot, troszkę ukruszona ścianka zęba. Ale jak wiadomo, leczenie rodziny czasami kiepsko się kończy.

Wcześniej jednak usiadł pan z bólem. Korzenie do usunięcia. Pan przyznał się, że strasznie się boi, wtedy włączyłam „łagodny uśmiech k. #4” i zapewniłam, że znieczulenie jest najbardziej nieprzyjemną częścią całego zabiegu (wszak jestem mądrzejsza o jeden usunięty ząb własny). Kujnęłam pana w podniebienie i przedsionek jamy ustnej, złapałam kleszcze i wyciągnęłam dwa widoczne korzenie. Pacjent po zabiegu szturchnął mnie lekko i z cichym „pani doktor…” pokazał mi inny ząb, który pozornie by wyszedł na chwyt palcami. Roześmiałam się. „No ładnie, sprawdził mnie pan już i stwierdził, że można przy okazji i to załatwić!”. Na to pacjent się uśmiechnął i rzekł: „Bo pani doktor tak delikatnie robi, nic nie bolało.” No to mu znieczuliłam dziąsło i ponownie bezboleśnie wyciągnęłam drugiego zęba. Wydałam zalecenia, kolejny pacjent opuścił gabinet z uśmiechem (jeszcze bardziej szczerbatym, niż ten, z którym wszedł).

Miłe takie coś.

A co do matuli na fotelu… Tragedia się nie stała, nawet znieczulać nie musiałam (ząb prosił się o przewodowe, a nikt nie lubi chodzić pół dnia ze zdrętwiałą gębą z powodu drobiazgu), wszystko wyszło ładnie, matula nie zapłaciła, ogólna satysfakcja.

Na koniec dnia miałam pracę w kamieniołomie (znaczy usuwanie kamienia nazębnego, coś, czym zazwyczaj się zajmują nasze asystentki, ale panu pasował tylko termin do mnie), a po pracy zakupy. Prezentu na urodziny mamy nadal nie mam, za to dorobiłam się kozaczków na zimę. A wypłaty już praktycznie nie ma…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.