Archiwum miesięczne: Październik 2010

Szewc bez butów chodzi…

a dentysta ma problem z zębami.

Z ósemkami dolnymi konkretnie. Z tymi, co do których usunięcia się waham.

Nie ma próchnicy, bo wyleczona. Nie ma zapalenia miazgi. Jest cholerne utrudnione wyrzynanie i kieszeń kostna od strony dystalnej (czytelnicy powinni już wiedzieć, gdzie to jest). Standardowy przypadek. To nie ząb mnie boli, tylko dziąsło za nim. Nie mogę nawet porządnie ust rozewrzeć.

Według prof. Bartkowskiego (a właściwie jego podręcznika, który był podstawą przetrwania na chirurgii stomatologicznej na studiach) kieszeń kostna i nawracające stany zapalne, plus stłoczenia zębów przednich dolnych, są już wskazaniem do usunięcia zębów mądrości.

Decyzja niemalże podjęta. W maju biorę tydzień urlopu. Nie mogę wcześniej, bo i tak jestem na pigułach, które pogarszają gojenie (jako efekt uboczny), a brać je będę jeszcze kilka miesięcy. Miesiąc przed urlopem zadzwonię do dermatologa w sprawie mojego pieprzyka i poszukam chirurga stomatologicznego, który usunie mi przynajmniej jedną ósemkę. Zapiszę się od razu na usunięcie drugiej i wtedy też wezmę kolejny dzień urlopu. Może do tego czasu dożyję. Ósemek mi od ręki raczej nikt nie usunie, choć mam pantomogram sprzed dwóch lat i korony obu zębów w sumie widać w ustach niemalże w całości.

Na razie ratuję się płukaniem ust roztworem wody utlenionej. Pewnie nic to nie da, ale ogólnie to dobra okazja do sprawdzenia skuteczności tego, o czym nam mówią na zajęciach.

Przyznaję się

Jestem kociarą.

Chodzę z podrapaną, wcześniej podrażnioną alergią prawą ręką, mój wieczny katar prawdopodobnie wiąże się z uczuleniem na sierść, ale koło kotka nie potrafię przejść obojętnie. Muszę zagadać, pogłaskać, wziąć na ręce i poddusić ;). Przyznałam, że w wymarzonym mieszkaniu będę mieć kota. Ale nie musi być rasowy. Pewnie będę swojej sztuki szukać na kocim forum dyskusyjnym. Już widzę swoje przyszłe ogłoszenie: „Poszukiwany łagodny, samodzielny, przytulasty kocurek w wieku do 5 lat. Nie musi być kompletny. I tak nie będzie wychodzić z mieszkania”.

Psy akceptuję (muszę, skoro w domu oprócz mnie, rodziców i dwóch kotów żyją jeszcze dwa psy), ale mam skłonność do denerwowania się na nie. Poza tym bywają kłopotliwe. Kota się zostawi na weekend z czystą kuwetą, miskami z wodą i jedzeniem i nic mu nie będzie, a psy po czymś takim będą ledwo zipać, zaś cały dom będzie się nadawać do remontu.

Skąd te wyznania? Znowu przez skojarzenia. Podczas pracy dorywczej robię mały powrót do muzyki uwielbianej kiedyś. Po licealnym szale na elektronikę (m.in Aya RL, ale późniejsze albumy, jak „Change in form”) przyszedł czas na podstawówkowy szał na… Ich Troje.

A na płycie „Intro” taka kocia piosenka.

Przyznaję, to NIE jest dzieło wysokich lotów ;)

Dalej na playliście mam Madonnę „Confessions on a dancefloor” i Queen „Innuendo”, zaś całość zamykają 4 krążki Archive, dla równowagi. ;)

Święta tuż tuż!

W firmie podobnoż nie pracuje się w Wigilię, a 23 grudnia tylko do wczesnego popołudnia (ładnie się zrymowało).

A ja dzisiaj w księgarni w Gdańsku znalazłam perrrrrfekcyjny prezent dla taty. Skoro to księgarnia, to prezent będzie – standardowo dla tatusia – książkowy. Po wypłacie muszę zapolować na niego gdzieś bliżej mnie i schować na dnie szafy.

Dla mnie tylko takie kupowanie prezentów sprawia radość. Wejść do sklepu, znaleźć coś idealnego, kupić i się cieszyć, bo obdarowany też prawdopodobnie będzie się cieszył. Wymyślanie na siłę czy podążanie za listą prezentowych życzeń już nie jest takie satysfakcjonujące, bo obdarowujący w pierwszym wypadku martwi się, że prezent będzie nieudany, a w drugim nie ma niespodziewajki, choć ryzyko skuchy jest znikome.

U mnie w rodzinie podstawą kupowania prezentów są albo tworzone przed świętami listy rozsyłane potem emailem, albo podpowiedzi najbliższych. Takie epizody z wielkim Ooo! na widok czegoś w sklepie zdarzają się rzadko.

Przynajmniej mi. Nie wiem, co na to reszta rodziny…

PS.: Wcale nie jestem pierwszą osobą, która zaczęła myśleć o Gwiazdce. W sklepie Leroy Merlin zielone Mikołajki chodziły już na początku września. ;)

Kursowa sobota

Dziś pojechałam do Gdańska po swoje pierwsze punkty edukacyjne, z nadzieją na nauczenie się czegoś przy okazji. W drodze stwierdziłam, że mój prawie nieużywany, stosunkowo niedawno kupiony odtwarzacz mp3 chyba się zepsuł w jakiś dziwny sposób: ekran podświetla się na niebiesko, ale nie przewijają się żadne literki (znaczy nie wiadomo, jaki kawałek właśnie się odtwarza). Pomyślałam o potrzebie odezwania się do sprzedawcy z Allegro: bez większej pasji, bo szanowny sprzedawca zagroził wystawieniem komentarza negatywnego na moje wytknięcie w pozytywnej opinii IMO nieuzasadnionych kosztów wysyłki (ostatecznie nic nie wystawił). Po jakimś czasie zauważyłam, że literki na ekranie jednak są: znaczy grajek chyba nie chciał wracać do sprzedawcy i postanowił zadziałać, jak należy.

W hotelu, gdzie odbywał się wykład, spotkałam 5 koleżanek z byłego roku. Podpisałam się na liście obecności, a o 10 zaczęło się „spotkanie”.

Najpierw wyszła sympatyczna pani i przez jakiś czas opowiadała, jakże cudownym lekiem jest Clindamycin MiP – produkt firmy sponsorującej ten wykład. Potem przed słuchaczy wyszedł dr Szuta z Kliniki Chirurgii Szczękowo-Twarzowej CMUJ i mówił o rozpoznawaniu nowotworów i ich epidemiologii. Po przerwie było o rekonstrukcjach po usunięciu nowotworów w obrębie twarzy. Całość zakończył slajd z rudym kotem leżącym na pilocie od telewizora ;).

Ogólnie pan doktor mówił ciekawie i obrazowo, widać było, że miał doświadczenie w temacie i umiał dotrzeć do słuchaczy. Nie dowiedziałam się jednak zbyt wielu nowych rzeczy – pewnie z racji wałkowania tematu czujności onkologicznej na studiach. Ale pewnie kilku dentystów starszych stażem skorzystało z poznania bądź odświeżenia tego zagadnienia.

Ogólnie męcząco nie było. Odebrałam zaświadczenie z moimi pierwszymi trzema punktami edukacyjnymi (w sumie nie wiem, ile ich i w jakim czasie muszę zgromadzić), postanowiłam wybrać się na zapowiadany kurs z prac protetycznych pełnoceramicznych i wróciłam do domu.

Skuteczność gróźb wobec kota

Mam na podłodze w pokoju rozłożone materiały do wspomnianej, dorywczej pracy. Materiały leżą na papierze pakowym, w którym do mnie przyjechały. Do pokoju wchodzi kot. Słyszę szelest papieru. Patrzę: kot wchodzi na materiały, a nie powinien.

Na moje zdecydowane „Kocie, zastrzelę cię!” rzeczony kot zszedł z materiałów, zrobił w tył zwrot i wyszedł wolnym krokiem. Niezastrzelony.

Podobnie, choć nieco szybciej, zareagował na długie syknięcie, którym powstrzymałam kolejną próbę zbadania, co też leży na tej podłodze i szeleści.

Koty są fajne… O ile słyszą. Tak-jakby-mój drugi futrzak jest głuchy. Żeby go powstrzymać, trzeba się bardziej zaangażować… Ale to nie czyni go niefajnym. Jest po prostu odrobinkę bardziej kłopotliwy w obsłudze. ;)

Szybki wpisik

Rezultat skojarzenia.

Mówi się, że kocia skórka jest świetna na reumatyzm czy bóle w kręgosłupie.

Jedno zastrzeżenie: w skórce nadal musi się znajdować żywy kot.

Howgh.

Przestaję się wyrabiać

Jednak pacjenci bywają złośliwi z tym swoim przychodzeniem ;). Grafik niestety już pełen i nie ma gdzie wcisnąć bólowych. A w grafiku sporo kanałów do leczenia. Ogólnie roboty po pachy.

Szkoda tylko, że po tym stażu moja protetyka i ortodoncja będą leżały tak samo, jak zaraz po studiach. Poważnie się zastanawiam, czy czegoś z tym nie zrobić. Na razie pozostanę przy swoich kanałówkach, zgorzelach, próchnicach i dłutowaniach, przy czym te ostatnie wychodzą mi średniawo. Znaczy zazwyczaj pacjent żegna się ze swoimi korzeniami tkwiącymi w dziąsłach, ale w czasie znacznie dłuższym od przewidzianego. Ale tak to jest, kiedy na zajęciach ciężkie przypadki robią za ciebie asystenci, zamiast podpowiadać i kontrolować przez cały zabieg.

Dziś usuwałam trzy zęby z tak pięknym zapaleniem przyzębia, że gdybym tylko na to patrzyła, to zrobiłoby mi się słabo. Poważnie. Znieczuliłam, złapałam i wyciągnęłam trzy bycze sztuki jeden po drugim. Nawet teraz, jak o tym myślę, robi mi się z letka niedobrze.

Od jutra popołudniowa praca dorywcza z klejem w roli głównej. Troszkę sobie zarobię dodatkowo.

Jak na złość

Miałam przyjmować prywatnie. Powitała mnie jednak pełna poczekalnia osób z bólem zębów (mamy obowiązek ich przyjąć). Pierwszy ponadprogramowy przypadek rozciągnął się poza wszelkie normy, a wszyscy zapisani pacjenci niestety przyszli (często się zdarza, że nie przychodzą i potem albo siedzę jak kołek w socjalnym, albo wychodzę wcześniej z pracy). W rezultacie dzień pracy przedłużył mi się o ponad godzinę, na koniec byłam kompletnie wymięta. Niby tylko 5 godzin. Zaczynam się bać, co będzie jutro, bo pacjenci uwielbiają przychodzić na popołudniówki.

W dodatku chyba coś mnie bierze. Gardło raczyło odpuścić (czasem sobie kaszlnę, ale na pewno jest lepiej), ale nie mam pojęcia, czy moje padnięcie i brak apetytu to po prostu jesień, czy coś się we mnie tli.

Już wnioskowałam u szefa o zmianę grafiku na bardziej ściśnięty, potem będę apelować o zakup nielateksowych rękawiczek. Moja prawa łapa jest w coraz gorszym stanie…

A tak poza tym w takie dni jak dziś mam ochotę wywalić z fotela osoby, które przychodzą z „bólem”. Oczywiście nie mogę i pozostaje mi się dalej uśmiechać i leczyć ów „ból”. Jednak praca w usługach czasami jest do kitu…

Jeszcze organizacyjnie

Proszę, aby nie traktować poważnie wszelkich wypisanych gróźb uszkodzenia ciała, dokonanego przy użyciu lub nie sprzętu stomatologicznego. NIE ROBIĘ kanałówek bez znieczulenia, przed rozpoczęciem opracowywania ubytku też pytam, czy pacjent sobie życzy znieczulenie. NIE BĘDĘ nikogo tłuc kątnicą bądź rączką od dźwigni prostej. Nigdy też nie czyniłam wyżej wspomnianych rzeczy. Groźbami bez pokrycia chcę po prostu położyć nacisk na moje zdanie na temat różnych zachowań. Nie jestem osobą śmiertelnie poważną i piszącą zawsze bezwzględnie serio, chociaż czasem mogę nie załapać jakiejś aluzji.

No. To proszę się nie bać. Ja nie z tych sadystów-dentystów.

[tylko z trochę innych ;)]

Dzieciowe tajemnice

Jeden dzieć się niecierpliwi, żeby usiąść na fotelu, co wizytę coś mi przynosi, daje się znieczulić bez piszczenia, jak w zębie kłuje przy robieniu, to podniesie rękę, na zakończenie wizyty podziękuje i uśmiechnie się. Mój ulubiony, mały pacjent. Lat 5.

Inny dzieć przy znieczulaniu płacze, ale buzię nadal trzyma otwartą, daje sobie zrobić to, co trzeba. Lat 4.

Kolejny przy pierwszej nieprzyjemności stawia opór i trzeba pertraktować. Na siłę robić nie będę. Ten jeden mnie chyba zdecydowanie znielubił. Lat 9, upośledzenie umysłowe, ale kontakt mimo to pełen.

Inny pojękuje przy zakładaniu wypełnienia. Pojękiwać nie miał czemu, plombowanie nie boli. Nie chciał kolorowego wypełnienia, dostał białe. Pyta co chwilę, czy już. Buziol mimo pojękiwania cały czas otwarty. Druga wizyta u dentysty ever. Lat 4.

Inny podobno nic sobie nie daje zrobić. Siada na kolanach dziadka przy każdej wizycie. U mnie spokojnie dał sobie zrobić to, co trzeba. Jeszcze obiecał, że jednak będzie myć zęby. Lat 3.

Na dzieciaki u dentysty nie ma reguły. Chyba wystarczy szczerość i cierpliwość, żeby maluch wytrzymał wizytę i nie znienawidził lekarza. I ważny jest też wpływ opiekunów, żeby nie wywołali nieprzyjemnych skojarzeń z leczeniem zębów. Jeśli babcia, zastrachana bardziej od dziecka, które pierwszy raz siada na fotel, mówi, że „pani doktor tylko obejrzy”, to niżej podpisana pani doktor nie ma wyboru, może tylko obejrzeć, powiedzieć, co jest nie tak i zaprosić na następny raz z zastrzeżeniem, żeby nie mówić więcej takich rzeczy i nie wywoływać u dziecka myśli, że „skoro babcia taka przejęta, to najwyraźniej jest czego się bać”.

Za teksty rodzica „nic się nie bój, nie będzie bolało” dentysta uzyskuje automatycznie prawo do zatłuczenia kątnicą (albo rączką od dźwigni prostej, wygląda masywnie) rzeczonego opiekuna. Nie, proszę państwa, tak się nie mówi. Mówi się, że dziecko idzie do doktora od zębów, który zęby obejrzy, może będzie musiał je wyczyścić taką specjalną maszynką, która wygląda trochę jak szczoteczka elektryczna, i potem zakleić odpowiednią „plasteliną”. Jeśli dzieć wejdzie do gabinetu bez strachu, to jest większa szansa, że i bez strachu wyjdzie. Bo dentysta z podejściem do dzieciów wszystko ładnie wytłumaczy i dziecia nie wymęczy.

Tak to wygląda w teorii. A w praktyce, jak to było widać na początku tej notki, każdy dzieć jest inny i dentysta musi się do niego dostosować.

No chyba, że maluch już w poczekalni przed wizytą wpada w histerię. Wtedy zaczynają się poważne schody.

Z drugiej strony, co ja mogę wiedzieć?