Dziecięco-endodontycznie

Wczoraj
prawie udało mi się spóźnić do pracy (pierwsze w tym roku skrobanie szyb samochodu, oderwany guzik od płaszcza…), a skoro się nie spóźniłam, to posadzono mi na fotel dwa dzieciaki (osobno, jedno po drugim ;) ), zapowiadając przy okazji, że wcześniej niespecjalnie dawały sobie coś zrobić. Jedno płakało, drugie ukąsiło inną dentystkę.

No więc ja podczas „czyszczenia ząbka” nawijam o gryzących w zęby robalach, które trzeba wygonić, a którym się to czasem nie podoba, dlatego zaczynają dokuczać. Oba dzieciaki przesiedziały swoje 15 minut bez gryzienia i płakania. Albo nie kojarzą dentysty jako takiego ze źródłem wszelkiego zła (mnie widziały po raz pierwszy), albo jestem genialna ;).

Tylko czemu czwórki i piątki mleczne w takiej rozsypce… :(

Dziecięcej na studiach nie lubiłam ze względu na nieprzewidywalność zachowań pacjentów. Dreszcz po mnie przechodzi na myśl, że miałabym jakiegoś malucha leczyć na siłę. Z drugiej strony najczęściej miałam takie właśnie, grzeczne dzieciaki, niejednokrotnie mielące ozorem w okolicach wiertła na turbinie (toto się kręci z prędkością 300 000 obrotów na minutę, potrafi zrobić krzywdę), ale jednak dające sobie coś zrobić. Bywa jednak tak, że niektórzy dorośli mają szczególny talent w wywoływaniu dentofobii. A takim to kanałówka bez znieczulenia, od razu.

Dzisiaj
Na chyba 6 czy 7 przyjętych pacjentów tylko jeden miał zwykłą, średnią próchnicę. Reszta wymagała albo ekstrakcji, albo endo. W tym dwie zgorzele. Ale bez mlaskania, bo ropsko było skromne.
Proszę państwa, grzebanie ludziom w gębach nie jest wcale takim złym i odrzucającym elementem pracy dentysty. Pracuje się w rękawiczkach, więc ręce pozostają suche. To zapaszek zgnilizny, któremu uległa miazga, jest gorszy. Charakterystyczny, ostry, niezapomniany zapach, którego obecność zmienia procedurę ze zwykłego endo (znaczy ekstyrpacji – usunięcia z komory zęba – miazgi, po której grzebie się trochę w zębie i na tej samej albo na następnej wizycie wypełnia na stałe) do czasem ciągnącego się w czasie „antyseptycznego leczenia kanałowego” (podręcznikowo trwającego minimum trzy miesiące z powodu wkładki antybakteryjnej, którą się na taki czas umieszcza w kanałach).
Pracuję stażowo prawie dwa tygodnie i niemal przysłowiowy pacjent z „rzeźnią” w ustach jeszcze do mnie nie trafił. Ale to pewnie dlatego, że a) tacy pacjenci nie chodzą do dentysty, b) jak już pójdą, to do chirurga. Albo c) trafił, ale nie zrobił na mnie wrażenia. Ogólnie pewien poziom znieczulicy jest w tym zawodzie niezbędny.

Z satysfakcją pozdrawiam
k.

Howgh.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *