Archiwum miesięczne: Październik 2010

Z tym spaniem dłużej to bujda

Jak się ma dobrze nastawiony zegar biologiczny na wstawanie rano (w sensie zazwyczaj wstaję o tej samej porze, ewentualne różnice między dniami wynoszą max 2 godziny), to się w niedzielę po zmianie czasu wcale nie śpi dłużej, tylko wstaje zegarowo o tę godzinę wcześniej.

Najwyżej z niedzieli na poniedziałek można to odespać. Bo w sumie zachciewa się spać wcześniej. Ze zmęczenia, bo się wstało o 7:30, zamiast o 8:30 ;).

Mi tam wsio ryba. I tak z popołudniówek wracam już po ciemku, a za chwilę i rano będzie ciemno…

Nie przeszkadza Wam to, że tak często zmieniam klimat notek? Najpierw agresywnie, potem melancholijnie, teraz znowu z lekka bez sensu…

Zgłębnik się czasem przydaje

Zgłębnik stomatologiczny, po angielsku explorer, jest jednym z podstawowych narzędzi w pracy dentysty. Posiada różne kształty i rozmiary. Może być taki, może też np. posiadać podziałkę i kuleczkę na końcu, wtedy służy do pomiaru kieszonek przyzębnych (ang. probe).

Ja w domu posiadam taki, jak na zdjęciu.

Razem z lusterkiem stomatologicznym, kupionym gdzieś w trakcie studiów, wielokrotnie już się przydał. Głównie do wygrzebywania jedzenia spomiędzy zębów, jak nitka nie pomogła. Albo do wyciągania kawałeczka kości, który utknął w dziąśle i powodował ból. Normalni ludzie pewnie używają do tego wykałaczek, ale ten zakrzywiony, metalowy kijaszek udowodnił już wielokrotnie, że wydanych na niego 7 zł nie wyrzuciłam w błoto ;).

Dzisiaj wyciągnęłam sobie kawałek lekko żylastej szynki, która mi wlazła między siódemkę a ósemkę w pierwszym kwadrancie. Próby z nitką się nie powiodły. Próba z samym zgłębnikiem przed lustrem też. Kombinacja dużego lustra, zgłębnika i lusterka już doprowadziła do celu.

Swoją drogą zdałam sobie sprawę, że do pracy w stomatologii są zdecydowanie potrzebne choć minimalne zdolności manualne. Na plastyce czy technice w szkole nie popisywałam się nadmiernie, ale ogólnie sobie radziłam. Przez modelarstwo na studiach, prowadzone przez dr Cruellę, też jakoś przeszłam. Dentysta pracuje w bardzo małym polu operacyjnym, ograniczonym głównie stopniem rozwarcia ust pacjenta. Do tego małe narzędzia, często kiepska widoczność i klejące się materiały. I zęby też w sumie małe. Paluchami o wielkości i zgrabności solidnych kiełbasek wiele się nie zdziała.

Na początku często podstawowym problemem studentów stomy jest praca w lusterku. Znajoma dentystka opowiadała mi, jak jeden z jej kolegów się nauczył tej techniki. Przyklejał sobie rysunki labiryntów pod blat biurka i patrząc w lusterko je rozwiązywał. Ja też któregoś dnia, sfrustrowana moimi problemami przykleiłam kartkę pod biurko i zaczęłam po niej pisać, patrząc w lusterko. I zadziałało, momentalnie się nauczyłam. Ciężko bowiem bez pomocy lusterka robić na przykład próchnicę (w sensie opracowywać ubytek) w górnych jedynkach od strony podniebiennej :). A jak się pracuje na leżącym pacjencie, to lusterko jest praktycznie niezbędne (chyba, rzadko miałam okazję praktykować :( ).

A mój niezbędny do przeżycia zgłębniczek poleci w przyszłym tygodniu do firmowej sterylizacji, razem z lusterkiem. Niby wszystkie bakterie zostają w rodzinie, ale wyjałowienie od czasu do czasu się przyda. ;)

Moje miejsce na ziemi

Miejscowość, w której mieszkam, jest mała, położona w rozległej dolinie o zalesionych zboczach. W drodze do pracy przez chwilę jadę prosto w kierunku jednego ze zboczy.

Któregoś dnia, gdyby nie to, że się spieszyłam, zatrzymałabym się na poboczu i zrobiła zdjęcie.

Piękny, mieszany las z ciemnozielonymi sosnami i rudziejącymi drzewami liściastymi. Piękna mozaika kolorów, jak dar od natury, przeprosiny za niepewną pogodę: choć na razie Pani Jesień jest dla nas łaskawa. Pomyślałam wtedy, że lat spędzonych w tym miejscu, wspomnień, tych widoków, nikt nigdy mi nie odbierze.

Warszawska znajoma mojej mamy twierdzi, że matuli byłoby lepiej w mieście. Może czasami tak, ale przyzwyczajeni do ciszy i spokoju woleliśmy zapuścić korzenie w tym miejscu. Każde ma własny samochód, więc póki sił starczy – a rodziców mam sprawnych – możemy się śmiało przemieszczać.

Kiedy powiedziałam mamie o moim zachwycie nad widokiem lasu, stwierdziła, że może trzeba podzielić nasz dom na dwa mieszkania, żebym została jednak z nimi.

Ale ja powiedziałam „Nie”. Nie od razu. Może za kilka lat.

„Bo chcę…”, zaczęłam.

„Nauczyć się żyć samodzielnie”, dokończyła mama.

„Tak”, odparłam.

MARZĘ o swoim własnym mieszkaniu.

W mieście.

Własnym, tylko moim.

Gdzie mogłabym żyć po swojemu, bez oglądania się na innych.

CHCĘ mieć to swoje M2.

Martwię się już na wieści o tym, jak ciężko jest dostać kredyt, że mieszkania może będą drożeć, ile w ogóle kosztowałoby własne gniazdko.

Coraz bardziej żyję tą myślę i nie mogę się doczekać.

A co do widoków… Raczej nie wyprowadzę się na koniec świata. Do sąsiedniego miasta. Albo do trochę dalszego. Gdzie mnie wyniesie pogoń za pracą. Gdzie dostanę pensję 3000 zł netto, bo podobno tyle jest potrzebne, żeby w miarę wygodnie żyć. Będę pewnie często wracać do tej zielonozłotej doliny i pstrykać zdjęcia.

We środę, o ile będę pamiętać, może się zatrzymam i zrobię fotkę, i tu pokażę.

Ale mnie dzisiaj wszyscy wkurzali

na drogach. Zbliża się święto, więc wylegli wszyscy niedzielni kierowcy, dziadki w kapeluszach, zero dynamizmu jazdy, szczególnie na skrzyżowaniach. Zwalnia to i przyspiesza nie wiadomo, czemu, zanim zjedzie na skrzyżowaniu, to niemal stanie, hamuje jeszcze przed wjazdem na pas do skrętu… Ojj, rzuciłam kilkoma bardzo brzydkimi słowami. Ale w trakcie jazdy słuchałam Closterkellera, więc może mój poziom agresji był nieco wyższy.

Zresztą u mnie zawsze poziom agresji wzrasta za kółkiem. Muszę przestać prowadzić. Albo jeździć z kimś, wtedy też nie przeklinam ;).

W aptece znowu nie było piguł, które miały być dziś (ostatecznie kupiłam droższy zamiennik), w domu mam za mało materiałów do pracy dorywczej, więc jej w ten weekend nie skończę, choć chciałam.

Aż chce się zaśpiewać.

PS.: Nie bulwersować się, słowa na ch nie używam. Za często. ;)

Wieści z zaświatów

Może tytuł z lekka kontrowersyjny w obliczu zbliżającego się końca świata, ale wisi mi to. ;)

Jednak nie umarłam, bardzo mi przykro. W torebce noszę Ibuprom 200 mg i sobie łykam co kilka godzin dla świętego spokoju. Do tego klindamycynka (przyznałam się do możliwych problemów z gojeniem – będą mieli w firmie mój pełny wywiad zdrowotny) rano i wieczorem i jakoś kroczę dalej przez życie. Dziura w dziąśle zmniejszyła mi się o połowę (wszak badania naukowe „przez co przechodzą pacjenci po usuwaniu dużego zęba” wciąż w toku), nie wykrwawiłam się na śmierć i chyba jakoś to będzie.

Ale z usuwaniem drugiej ósemki spieszyć się nie będę. Zacznie mi sprawiać problemy (raz na kilka miesięcy któraś się odzywała, na zmianę), to odczekam, aż przestanie, i też usunę. Może być rękami szefa, nie mam nic przeciwko. Usuwać ząbki mój szanowny szef zdecydowanie potrafi (jeśli chodzi o pozostałe umiejętności, nie miałam okazji obserwować ;) ). A wywalić obie i tak prędzej czy później bym musiała, bo na etap w życiu „jak będę sławna i bogata” planuję sobie założyć druty na ząbki, coby mi się wyprostowały. Górne ósemki też mam, ale te sobie siedzą grzecznie na swoich miejscach, psują się cicho i w ogóle nie dają o sobie znać.

Wypłata przyszła. Goła stażowa. Od jutra zaczynam wydawać. ;) Asystentki sugerują, że mam zapytać szefa o procent z kwoty zarobionej na prywatnych pacjentach. Może za kilka miesięcy…

Reklama

kremu do rąk.

Nivea SOS Balsam Regenerujący (dla suchych i spierzchniętych dłoni).

Działa. Po jednym dniu używania alergia znacząco się cofnęła, ręka wygląda prawie normalnie i skóra nie jest przeraźliwie sucha.

Trzymam go na stole niedaleko mojego unitu, co kilku pacjentów sobie smarnę po rękach i jest OK.

Polecam.

PS.: Poza tym odkryłam i momentalnie zakochałam się w czekoladzie Milka z prażonym ryżem. Ogólnie jest to bardziej ryż z czekoladą, ale i tak smakuje super. ;)

Będę umierać

Zabrałam dziś ze sobą do pracy swój ponadroczny pantomogram. W przerwie między pacjentami u siebie i szefa podeszłam do niego z miłym uśmiechem i „mam małą prośbę o konsultację chirurgiczną”.

Na koniec pracy pożegnałam się z ósemką, która ostatnio sprawiała mi problemy. Według zdjęcia przypadek był prosty, złapać się dało. Rozbujać zęba też, ale z wyciągnięciem go już ostatecznie było gorzej. No to separacja (rozcięcie zęba na pół wiertłem) i dłutowanko dźwigniami.

Ojj, będę umierać. Już mnie boli przy połykaniu.

Nie bolało. Byłam (i nadal jestem) porządnie (przewodowo) znieczulona. Bałam się, że coś zaboli, jak doktor dowierci się do miazgi podczas separacji, ale tylko troszkę zaćmiło. Czułam, że coś mi tam robią, ale nie kłuło, nie było nieprzyjemnie, nic w tym rodzaju. W sumie o to chodzi w znieczuleniu, ale na zajęciach z chirurgii ostrzegaliśmy pacjentów przed „silnym rozpieraniem” i „mocnym dotykiem”, a tu nic! Ogólnie siedziałam tylko z otwartymi ustami i zastanawiałam się, czy będę w stanie po tym wszystkim zamknąć paszczę.

Mój pierwszy w życiu usunięty ząb. Własny, w sensie. Teraz przynajmniej wiem, przez co przechodzą pacjenci ;).

A teraz emocje: podobno dostałam już wypłatę. Uwagaaaa… Strona banku nie chce mi się załadować… Odświeżam, ponownie wpisuję hasło…

Jeszcze nic nie ma.

Zdobycze

Skończyłam dzisiaj leczenie kanałowe u mojej ulubionej, małej pacjentki. Dziecię jak zwykle fajnie siedziało i trzymało otwartą buzię, choć na koniec zaczęło wzdychać z nudów. Ząb został wypełniony, a ja się dorobiłam dwóch nowych maskotek i kamyka.

Ogólnie prezenty od owego cudnego dziewczęcia (które pochwaliło się przy okazji, że mu jeden zeżarty mleczak w końcu wypadł) prezentują się tak. Jeszcze dostałam jej zdjęcie, ale publikowanie go tutaj byłoby ryzykowaniem ujawnienia danych pacjenta. ;)

Ogólnie w zeszłym tygodniu był „zapitolnik”, jak to ładnie określa Mery, a w tym spokój. Będziemy z asystentkami wnioskować chyba u szefa o zmianę sposobu zapisywania pacjentów na wizyty na NFZ, bo obecny jest coś dziwny i dopuszcza luki w grafiku.

Jutro rano, w dzień „prywatny”, na początku nie mam nikogo. Może ktoś bólowy przydrepcze…

O ilu rzeczach…

… autorzy nawet osobistych blogów nie chcą pisać?

Ile rzeczy jest ostatecznie wyrzuconych z projektu notki, bo są zbyt osobiste i „w sumie kogo to obchodzi?”?

Mnie na przykład korci, żeby nawet tej notki nie publikować. Bo po co. W poprzedniej miało być o moich pigułach, które w końcu zaczynają działać. Ale nie było i więcej na ich temat nie będzie. Swoją drogą, mam dość łykania ciągle czegoś, przez co nie mogę np. oddać krwi, choć bym chciała. Człowiek pozbędzie się nawet pół litra życiodajnej cieczy dla satysfakcji i kilku czekolad.

Nie piszę o swojej sytuacji sercowej. Nie piszę o współpracownikach. Nie piszę dokładnie o pracy dorywczej.

Bo po co.

Nie czuję potrzeby.

Na takie rzeczy bywa zeszyt w kratkę albo część umysłu, gdzie te niedoszłe notki odejdą w końcu w zapomnienie.

Są osoby, które używają bloga do wyrzucenia z siebie najskrytszych myśli. I niech im będzie, nie potępiam. Każdy musi sam brać odpowiedzialność za to, co wyrzuca w sieć i ja tego komentować nie będę. Zresztą czytam kilka blogów osobistych i sprawia mi to przyjemność. Jeęli ktoś czuje się lepiej ze swoimi wnętrznościami na widoku publicznym, to fajnie. Ja jestem zwykłą grafomanką, która po prostu MUSI niemal codziennie coś napisać. To jak rytuał. Bloga pisać łatwo, więc to robię. Cieszę się, że kilka osób znajduje przyjemność w czytaniu tego, co spłodziłam.

Tę jedną notkę, którą mogłabym odłożyć do zapomnienia, opublikuję. Pierwszą i może ostatnią.

Jak zwykle

Z różnymi dolegliwościami tak często bywa, że jak się zaczyna myśleć o radykalnym pozbyciu się ich przyczyn, to ustępują.

Ósemeczka jeszcze nie odpuściła do końca, ale rozdziaw szczęk mam już nieco lepszy.

Bilans pracowy na dziś: usunięte zęby: 4 (w tym jeden mleczak u dziecka), próchnice wyleczone: chyba 3, kanały kontynuowane: 2, wypełnienia po kanałach: 1. Pewnie o czymś zapomniałam. Tak czy siak, wyrobiłam się. Nie wiem, czy pacjenci nie przyszli. I nie interesuje mnie to.

Ogólnie dojechałam do domu uśmiechnięta i szczęśliwa. Jutro po robocie kontynuacja pracy dorywczej.